Artykuły, Film

Co jest pięknego w umyśle?

 

342489

Poznajcie Johna Nasha – genialnego matematyka i ekonomistę, który prowadził badania nad teorią gier i stworzył koncept równowagi w grach niekooperacyjnych nazywany od jego nazwiska równowagą Nasha. Współlaureat nagrody Nobla z dziedziny ekonomii w 1994 roku. Profesor Uniwersytetu w Princeton. To sporo osiągnięć, godnych pozazdroszczenia. A wszystko to John Nash osiągnął chorując na schizofrenię paranoidalną. Oczywiście – opłacił to ciężką pracą. Jego osiągnięcia, choć przebieg choroby zostały przedstawiony zgoła inaczej, doczekały się ekranizacji w postaci „Pięknego Umysłu” Rona Howarda.

Niewidzialny wróg

Każdy z nas zna ten rodzaj osoby – ekscentryk, wiecznie nieobecny umysł ścisły, który raz na jakiś czas schodzi niespodziewanie ze swoich chmur abstrakcji i obdarza nas jakąś mniej lub bardziej celną uwagą na temat rzeczywistości. Jeśli już obcuje z ludźmi często zdarza mu się popełnić faux-pas, a inni, ze względu na słabą komunikację z nim oraz niemożność płynnej wymiany myśli, a tym bardziej żartu, nie za bardzo go lubią. Mówi się, że osoby tego typu okupują swoim brakiem zdolności interpersonalnych inne, niesamowite talenty. Mało kto spodziewa się, że taka osoba może też przejawiać pewne objawy choroby.

John Nash w filmie mówi o sobie, że jest „samotnym wilkiem”. W czasie rozpoczęcia studiów to dobry mechanizm obronny – nie czuje ciężaru odrzucenia czy wyśmiewania, jakie czasami spotyka go ze strony kolegów. Brak zażyłych relacji z innymi powoduje jednak, że Nash nie może skonfrontować swojego postrzegania rzeczywistości z postrzeganiem go przez innych. W przypadku Johna nie jest groźne samo nierozwijanie społecznych horyzontów. Schizofrenia częściej pojawia się u mężczyzn między 18 a 22 rokiem życia. Atakując Nasha w postaci urojeń i halucynacji (nieistniejący współlokator), nie miała szans zostać w jakikolwiek sposób zweryfikowana. Na tym etapie była też niegroźna i w pewien sposób pomagała Johnowi radzić sobie z samotnością wynikającą z nieprzystosowania.

Potrzeba osiągnięć jako źródło stresu

Johnowi nie brakuje motywacji. Nie zamierza zadowolić się byle jaką teorią, byle jakim osiągnięciem. Naciskany przez profesorów, aby zaczął robić cokolwiek i wyszydzany przez kolegów, czuje coraz większą presję, którą dodatkowo zwiększa jego własna ambicja. Nash ma chorobliwą potrzebę osiągnięć, a doświadczany przez niego stres jest nie do zniesienia (co widać w scenie, w której wyrzuca biurko przez okno). Mimo załamania udaje mu się osiągnąć ogromny sukces, jakim jest teoria równowagi. Otwiera mu to wymarzone drzwi do świata prestiżowej nauki, która działa na usługach rządu.

Ta praca dla rządu, ten jeden moment, w którym John zostaje wezwany do tajnej jednostki wojskowej, aby jego wielki umysł rozpracował pewien problem, był punktem zapalnym do negatywnego rozwoju schizofrenii. Odesłany bezceremonialnie zaraz po wykonaniu zadania, bez żadnej odpowiedzi czy tłumaczenia, w jakiej sprawie pomógł, Nash poczuł się urażony. Wiele osób pewnie w takiej sytuacji snuło by domysły, o co chodziło w niniejszej sprawie oraz budowało fantazje na temat naszej dalszej współpracy z wywiadem. John niewiele różnił się w tej kwestii od wielu. Niestety jego choroba zamieniła zwykłe fantazje i domysły w poważne i stresujące zadanie, istniejące jedynie w jego głowie.

Bolesne zderzenie

Odrealniony i abstrakcyjny charakter pracy Johna sprzyjał utrzymywaniu urojeń poza obszarem zainteresowania jego żony (trzeba tutaj przypomnieć, że Nash wciąż był przekonany o prawdziwości przeżywanych wydarzeń). Jednak nasilanie się nieleczonej choroby i paranoidalny strach Johna przed utratą ukochanej – prawdopodobnie z powodu poczucia bycia „niegodnym” jej uczucia – doprowadziło do wybuchu paniki u bohatera. Przewieziony do szpitala psychiatrycznego, z podanymi lekami przedstawia marny obraz, który przerażona, niedowierzająca żona obserwuje przez szpitalną szybę. Warto tutaj wspomnieć, że gdyby u Johna objawy schizofrenii zostały zdiagnozowane wcześniej, taka scena w ogóle nie musiałaby nastąpić.

Żona bohatera, choć długo nie mogąca uwierzyć w zaistniałą sytuację, ufa opinii psychiatry i robi wszystko, aby pomóc mężowi. Nie jest to łatwe – brak wsparcia ze strony rodziny, przyjaciół czy społeczeństwa (np. grup wsparcia dla osób zarówno ze schizofrenią jak i ich najbliższych) przytłacza świeżo upieczoną matkę. Lekarstwa przepisane Nashowi powodują otępienie tak silne, że można uznać, iż żona ma pod opieką dwójkę dzieci. Prócz tego musi pracować oraz dbać o dom. Mimo to wykazuje się wyrozumiałością – nawet, jeśli jest nieufna i podejrzewa męża o urojenia, potrafi go za niesłuszne oskarżenia przeprosić.

Zubożały w ekspresji John, choć mogłoby się tak wydawać, nie jest obojętny na zmagania i poświęcenie żony. Gdy Alicia nie wytrzymuje presji i po kolejnej nieudanej próbie zbliżenia do męża dostaje ataku wściekłości w łazience, Nash decyduje się w tajemnicy przestać brać leki, aby być choć trochę mniejszym ciężarem, aby, jak sam później powiedział psychiatrze, móc chociaż zaspokoić żonę. Niewątpliwie, Alicia miała poczucie bycia oszukaną i niesprawiedliwie potraktowaną przez los. Możliwe, że jeśli ukryłaby swój wybuch przed mężem, ten nie podjął by tak fatalnej decyzji. Trudno jednak od osoby w takim położeniu wymagać,  aby bez przerwy trzymała nerwy na wodzy, zwłaszcza, gdy w grę wchodzą silne uczucia. Bez pomocy z zewnątrz jest to w ogóle niewykonalne.

Albo ja albo urojenia – świadomość choroby

Zagrożenie życia dziecka ze strony chorego ojca staje się impulsem do przełomu w chorobie.

Totalne załamanie zaufania między małżonkami, strach żony i agresja wobec niej kosztowało Nasha mnóstwo stresu; dopiero ten poziom negatywnego pobudzenia pokazał mu, jak bardzo jest chory i że wszystkie postaci są wymyślone (do Nasha dociera, że córka siostry jego urojonego przyjaciela nie rośnie mimo upływu czasu). Jest to wielkie osiągnięcie, ponieważ bez uświadomienia w pełni pacjentowi, że nie wszystko, co widzi i słyszy, jest rzeczywiste, trudno jest zacząć jakąkolwiek terapię wspomagającą farmakoterapię, a sama farmakoterapia nie wystarczy.

Radzenie sobie – razem

Żona, mimo wielu przejść, postanawia wspierać męża w świadomych zmaganiach i „uwierzyć, że rzeczy nadzwyczajne są możliwe”. John zmienia leki i decyduje się na próbę powrotu na uczelnię, mimo zawiedzionych ambicji, które musiał stłumić przez chorobę. Wie jednak, jakie są priorytety. Mimo pierwszych porażek (stres wywołał bardzo agresywne urojenia i napady paniki), próbuje wielokrotnie, idąc za silnymi namowami żony. Relacja między małżonkami polepsza się – żona wie o wszystkich urojeniach męża, a rozmowa o nich przynosi mu ulgę i pozwala regulować poziom stresu i uniemożliwia „zapętlanie się” w urojeniach. Dzięki temu łatwiej jest mu znieść strach i obmawianie ze strony akademickiego środowiska. Ale jej władze wykazują się dużym wsparciem. Sam fakt przebywania Johna na uczelni, wśród różnych ludzi i różnych bodźców, trzyma go bliżej świata rzeczywistego, osadza w nim i gruntuje to, co rzeczywiście jest realne, nawet jeśli nie wchodzi na początku w wiele interakcji. Nie bez znaczenia jest również jego aktywność umysłowa – powrót do matematyki, dziedziny, którą tak kochał, zajmowała jego umysł i rozwijała go, spychając urojenia na dalszy plan.

Po wielu latach ta środowiskowa terapia w połączeniu z dobrze dobranymi lekami przynosi efekty – Nash sprawnie ignoruje swoich dawnych, urojonych znajomych. Powrócił do wykładów dla studentów. Swoim uporem i osiągnięciami zyskał szacunek, mimo choroby, która dodała mu pewnego mitycznego charakteru, „legendy” uczelni. Jego komunikacja z ludźmi jest dużo lepsza, niż była na samym początku choroby. A sam John nauczył się śmiać ze swoich słabości.

Wygrany

Mimo swojej wielkiej niecierpliwości John Nash wypracował wielkie osiągnięcie na swoim koncie i uznania dla swojej działalności. Było ono tym większe z powodu choroby, z jaką musiał się zmagać. Ale trzeba tutaj dodać, że nie robił tego sam – wielkim wsparciem była dla niego żona, ale i też środowisko akademickie, które, mimo początkowego strachu, zaakceptowało go i wsparło swoją zwykłą obecnością i pozwoleniem na uczestniczenie w, zwykłej dla Nasha, aktywności. Każda osoba chora na schizofrenię powinna mieć taką możliwość, nie tylko ci, którzy mają predyspozycje do bycia matematycznymi geniuszami.

Pewien psychiatra kiedyś powiedział, że większość chorób psychicznych to nie wady genetyczne umysłu, ale paskudne sploty okoliczności i środowiska bez wsparcia dla osób chorych. Zwyczajny brak empatii i (często irracjonalny) strach. Ćwiczmy empatię i wiedzmy jak najwięcej, aby nie tylko nasze piękne umysły były sprawne, ale mogły też dać dużo dobrego innym ludziom.

Autor: Beata Rączka